Przejdź do głównej zawartości
Z każdej kolejnej relacji wychodzę coraz bardziej poturbowana, ale jednocześnie coraz szybciej zapominam. Odpuszczam temat w mojej głowie. Kolejni faceci z worka "ideał odnaleziony!" albo "widzę perspektywy (czasem marne, ale widzę)" lądują w worku "było minęło". Od było do minęło zazwyczaj niewielki odstęp czasu. Każdą nieudaną znajomość odchorowuję. Niezbyt długo. Bo tu chyba nie chodzi o tych facetów, choć oczywiście każdy, którego już odchorowałam i ten, którego właśnie odchorowuję, wydawał mi się przez chwilę totalnie odpowiedni dla mnie. Albo choć trochę odpowiedni. W drugim wypadku zazwyczaj inne zalety brały górę nad zgodnością charakterów. Wiadomo, jestem mistrzem racjonalizacji. Z jedną rzeczą jest tylko coraz trudniej. Bo do porażek się przyzwyczajam. Najcięższe z tego wszystkiego jest to, co dostaję chwilowo i szybko zostaje mi odebrane. Zanim zdążę w ogóle ochłonąć, ale już zdążę się przyzwyczaić. 

Bliskość. Przytulenie. Zaśnięcie razem. Jego ręka na moim pasie. Zapach. Ciepło. Pocałunki.

Nie jestem z kamienia. Nie zawsze. Są tacy faceci, którzy poruszają tą najwrażliwszą strunę, której nie potrafią poruszyć inni. Niewielu było takich, z którymi chciałam zasnąć i przy nich się obudzić.  Których obecność obok mnie, w tej bardzo intymnej czynności snu, nie była dla mnie niekomfortowa. Właśnie po nich najciężej się otrząsnąć. Bo dali mi namiastkę tego, czego tak bardzo mi brakuje. Namiastkę. To jest wciąż namiastka. Bo nie ma miłości, oddania. Bo się przecież nawet dobrze nie zdążyliśmy poznać. To nie seks rodzi u mnie poczucie przywiązania, to wspólne zaśnięcie, przytulenie po. Seks jest tylko zaspokojeniem, impulsem, emocje biorą górę. W tej kwestii jestem facetem. Seks można mieć niemalże na zawołanie, więc traci na wartości. Może być przyjemny z kimś na kim mi zależy i z kimś mi obojętnym. Tu nie chodzi o ten nieszczęsny seks. Chcę zasypiać i budzić się przy kimś ważnym dla mnie. 

Ile czasu może przeżyć człowiek bez miłości zanim nie zwariuje? 

Jednak nie jest łatwo być samemu. Nie na dłuższą metę. Już nie cieszy tak ta swoboda i niezależność. W zasadzie to na ten moment niewiele rzeczy cieszy. Jestem już strasznie zmęczona tym wszystkim.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kontynuujmy...

Skoro już złapałam to flow (tak, bardzo lubię to słowo), to czemu by nie iść dalej... Choć sama nie wiem od czego zacząć jeśli chodzi o historie z przeszłości. Może powinnam zacząć od początku, ale te dwa lata wstecz, to jednak jawią mi się jako jakaś strasznie odległa przeszłość. Żałuję, że nie pisałam na bieżąco, strasznie jestem ciekawa swoich emocji z tamtego czasu. Choć, co by nie było, pamiętam je całkiem nieźle (tak mi się przynajmniej wydaje). Dwa lata temu (plus minus, była to połowa września, rok 2015) stając twarzą w twarz ze zmianą kodu (3 z przodu) stanęłam też twarzą w twarz z życiem w pojedynkę, po bardzo długim życiu w parze. 9 lat związku, wtedy właśnie, poszło... w pizduuu, ujmując to dosadnie. Tak naprawdę bardziej bliskie byłoby mi napisać "poszło w chuj". Ale wiadomo o co chodzi. Szok i niedowierzanie. Pierwsza poważna, niestety już dorosła porażka mojego uczuciowego życia. Jak to możliwe? Przecież wszystko było OK, nie kłóciliśmy się, on zawsze był po mo...
A co, jeśli jestem z kimś, bo to jego wybrałam, choć mogłam kogo innego, ale wciąż powracają myśli, że pisany mi jest ten drugi? Czemu więc podjęłam taką decyzję, jaką podjęłam? Nie wiem.