Przejdź do głównej zawartości
Wygląda na to, że nadszedł ten wielce przełomowy moment, w którym przelała się czara goryczy, w którym odkładam na bok, że mi się nie chce, że jest tyle ciekawszych rzeczy do robienia (np. iść spać), w którym już po prostu muszę, bo się uduszę. Moment, o którym myślę od dwóch lat intensywnie, odkąd zmierzyłam się ze sobą, ze swoim ja, w obliczu jakby nie patrzeć... samotności. Tak, to właśnie ja. Pani samotna, ze zdaje się już całkiem sporym stażem. Dwa lata samotności w wielkim mieście stuknęły. Nie wiem w zasadzie czy samotność to dobre określenie. Mam fajnych znajomych, mam te kilka ważnych osób, niewielkie grono najbliższych, ale sprawdzone. Dzięki nim funkcjonuję jako, w miarę, pozornie zdrowa psychicznie jednostka. Ale nie o tym tu. Choć też, a i owszem. Skoro założeniem moim jest wylać w tym miejscu wszelkie żale obecnej chwili, ale i zarazem udokumentować ostatnie dwa lata, w pigułce czy nie... to dla moich znajomych nie może tu zabraknąć miejsca. Ale o tym może innym razem.

Co mnie skłoniło do tego desperackiego kroku, pod tytułem założenie bloga? I to bloga stricte prywatnego, nie nastawionego absolutnie na nic, poza wylaniem swoich żali, frustracji, mam nadzieję, że też w końcu szczęścia? Może upatruję w tym jakiejś formy terapii, na którą niestety, w obecnej chwili mnie nie stać. Dużo spiętrzonych emocji tkwi we mnie, bardzo dużo przez ostatnie lata tłumiłam w sobie, w imię... czego? No właśnie. Nie mam pojęcia w imię czego, chyba w imię własnej psychicznej "niezdrowości". Bo niczego się tak nie obawiam jak łatki furiatki. Czuję jak to wszystko powoli ze mnie wychodzi, buzuje, daje o sobie znać. Każda niezwerbalizowana myśl, każde wkurwienie, wszystkie emocje, które stłumiłam, bo... bo tak będzie lepiej, bo przecież nie jestem furiatką, bo przecież nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że mi zależało... za bardzo. Albo w ogóle. Co za głupota. Co za doszczętna głupota. Zaczynam sobie zdawać sprawę z tego jaką krzywdę uczyniłam tym sama sobie. Nie da się zawsze być tą pierdoloną lilią na spokojnej tafli jeziora, nie da się, po prostu NIE. Czasem trzeba zareagować emocjonalnie, dać upust. I niby jestem już tego świadoma, ale nadal jakby tylko w praktyce. Bo co się dzieje dziś?  Przecież musiało wydarzyć się coś "wow", że akurat dziś zaczęłam pisać... I zasadniczo, jak mam być szczera... To nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, ponieważ przecież doskonale znam ten scenariusz. 

Ale zanim... Dla całkowitej jasności. Mam przypuszczenie, graniczące niemal z pewnością, że znakomita większość wpisów tu przeze mnie umieszczanych, będzie dotyczyć tak zwanych relacji. Może też międzyludzkich ogólnie, ale chyba głównie damsko-męskich. Tak to już jest jak się jest singielką, która bez wplątania się w bezsensowne układy, szybkie znajomości i bezpodstawne nadzieje, nie byłaby sobą. 

To właśnie ja. Królowa niewypału. 

Tak więc, wracając do przedmiotu dzisiejszej decyzji o założeniu bloga (tyle wodolejstwa, zanim dojdę do konkretów, to musi być strasznie męczące, czy taka też jestem w życiu?)... cóż się mogło wydarzyć? Cytując, poniekąd klasyka: "To było pewne jak techno w Trendzie, wiedziałam, że tak będzie, wiedziałam, że tak będzie.". 



Wiedziałam i co z tego? Mając całkowitą świadomość idącej za moimi decyzjami porażki, brnę w te decyzje radośnie i niefrasobliwie. Poznaję kolejnego faceta, który zdaje się być na pierwszy rzut oka (a w zasadzie na pierwszy rzut zamienionych zdań, bo jestem już w takim wieku, że całkiem serio - wygląd to nie wszystko) odnalezionym ideałem. Tak! To właśnie on! Z nikim nigdy nie rozmawiało mi się tak dobrze, to flow, jak marzenie. Rozumiemy się bez słów, kończymy swoje zdania, lubimy to samo, nadajemy totalnie na tych samych częstotliwościach. Ja, całkiem zatwardziała singielka, ułożona już ze swoim życiem w pojedynkę, nagle myślę sobie, że w zasadzie to chyba do końca roku mógłby się do mnie wprowadzić, skoro i tak zamierza zmienić lokum. Tak, taaak... Taki początek, co wiem już z autopsji, wieści bolesne zarycie twarzą w beton. Za dużo pozytywnych emocji, za wielkie nadzieje, za bardzo to wszystko jest wow i incredible! Na chwilę ja - niepoprawna pesymistka, choć wolę jednak mianować się realistką, staję się głupią, naiwną dziewczynką, spragnioną miłości, adoracji i zapewnień. I łykam wszystko jak pelikan. Łykam wszelkie piękne słowa i w nie wierzę. Przyjmuję za pewnik, że facet z którym znam się od dwóch tygodni mówi szczerze, kiedy puszcza mimochodem, że w sumie to mój pies będzie musiał pogodzić się z tym, że jego połowę łóżka zajmie ON. Serio?! Laska, serio?! Jesteś aż taką debilką, że łapiesz się na takie teksty? Ile Ty masz lat? No jeśli 20, to spoko. Ale 20 to stuknęło Ci ponad dekadę temu, nie ma usprawiedliwienia na Twój chwilowy zanik mózgu. Nie ma. 
No więc łykam tak te piękne słowa, bo on mówi dokładnie to, co ja chcę usłyszeć. Rozmawiamy też o facetach, którzy są "plejerami", o tym, że on nie potrafi grać, wiadoma sprawa, on taki nie jest. Przecież takiego bym poznała na kilometr, mam już niemałe doświadczenie. Nie, zupełnie nie wydaje się być facetem z tej kategorii. Jest szczery, mówi wprost, nie ma oporów. Jest otwarty, tak bardzo chciałabym się tego od niego nauczyć, też mówić tak wprost o uczuciach. Tych chwilowych i tych, które tkwią we mnie głęboko. Tak, facet... Czuję, że chcę się przy Tobie otworzyć, chcę być sobą, nie muszę nikogo udawać, przecież zaczęliśmy od bardzo niezobowiązującej gadki, bo nawet mi się nieszczególnie na początku spodobałeś. Dopiero gdzieś między 10, a 20 zdaniem pomyślałam, że naprawdę miałabym ochotę się z Tobą spotkać. Przecież to kawał czasu, haha. Ale Ty nie byłeś jak większość tych przelotnych znajomości, nie cisnąłeś o spotkanie już tu i teraz, podjadę do Ciebie, pójdziemy na spacer. Miałeś swoje zobowiązania, pracę, ale bardzo ładnie już gdzieś na początku określiłeś termin proponowanego spotkania. Tydzień (czy więcej) więc toczyliśmy niekończące się rozmowy przez sms-y (co dość nietypowe, w dobie messengera) i telefoniczne. Rozmawialiśmy po 2 godziny, Ty z piwem w hotelowym pokoju, ja z (kolejnym) kieliszkiem wina. Działa się magia. Nigdy z nikim mi się tak nie rozmawiało. W końcu nadszedł dzień spotkania, a ja po tych wszystkich rozmowach, idąc na spotkanie z Tobą, czułam się jakbyśmy po prostu kawał czasu się nie widzieli. Nie szłam jak na spotkanie z kimś, kogo nigdy wcześniej nie widziałam. Nie miałam tak nigdy wcześniej. Samo spotkanie... nie odbiegało od naszych rozmów. Było świetnie. Było wszystko to, co mam w głowie, kiedy myślę - to jest właśnie to. I tak też było i po spotkaniu i wciąż ten stan się utrzymywał, wciąż były rozmowy i telefony... dopóki... tadadaaam... to takie przewidywalne, takie wtórne, takie nudne... dopóki pewnego razu nie wylądowaliśmy razem w moim mieszkaniu. Na podłodze. Zdzierając z siebie resztki ubrań. Przecież doskonale znam ten schemat, doskonale wiem czym to się kończy i jak drastycznie. Jestem jakimś niereformowalnym przypadkiem, któremu emocje i chwila całkowicie odbierają rozum. Liczy się to co tu i teraz. Konsekwencje na bok. On mówił, że nie jest plejerem i zdaje się kłamał. Ja, kiedy mówię, że nie potrafię grać - mówię całkowitą prawdę. Nie potrafię, daję się ponieść chwili, nie myślę. Robię to, co podpowiadają mi emocje. Nie wiem czemu oczekuję tak samo czystych intencji od innych, zwłaszcza od facetów. Przecież nie mam ku temu żadnych podstaw, trochę już o życiu wiem. W każdym razie, ta z pozoru piękna historia, jak się okazuje, nie mogła zakończyć się inaczej niż inne podobne. Choć zasadniczo, ta naprawdę zaczęła się wyjątkowo (jak na znajomość z aplikacji... ale żenada). Może za jakiś czas opadną mi emocje i trochę to odczaruję w swojej głowie. W tym momencie - jestem wkurwiona na siebie, wściekła do granic, na niego również. Mimo moich lat, wciąż nie potrafię pogodzić się z tym, że ludzie potrafią udawać i grać dla własnych korzyści. Który raz poczułam się potraktowana przedmiotowo, tego nie zliczę.

No dobra... zliczę doskonale, ale na to przyjdzie pora.

Nie rozumiem facetów, powinnam mieć to wszystko w małym palcu, przecież wiem jak POWINNAM postępować. Co mi tkwi w tym zakutym łbie, że zawsze robię dokładnie odwrotnie niż wiem, że powinnam? Może to by mi pomógł zrozumieć terapeuta, na którego jak już wspomniałam, niestety obecnie mnie nie stać. Bo mam pewne przypuszczenia, co do powodów wybierania takich, a nie innych ścieżek postępowania.

Podsumowując... kolejny raz w momencie względnego ułożenia z samą sobą, pogodzenia się z faktem bycia samej i bliżej nieokreśloną perspektywą bycia z kimś... zrobiłam sobie kuku. Tym większe, że pretensje mogę mieć przecież tylko do siebie. Bo to była moja decyzja. A teraz to są moje rozważania. Czy coś by potoczyło się inaczej, gdybym nie dała się ponieść emocjom? Gdybym nie pomyślała kolejny raz - come on, jest tak miło, jest chemia, mamy jedno życie, jestem przecież super laską, co zmieni ten seks?! Ano jak widać, zmienia wiele. Nauka na przyszłość? Taaak... Chciałabym. Nie wierzę już w siebie. Nie ufam sobie. Wychodzi na to, że mentalnie mam jednak te 20 lat. Chociaż wtedy, zdaje się, potrafiłabym jednak utrzymać pewne emocje na wodzy. Wtedy seks nie był tak prosty. Pułapka dorosłego życia. Trochę mam wrażenie, że powód większości niepowodzeń. To jednak wiele zmienia. Ale czy wyciągnę wnioski na przyszłość? Śmiem niestety wątpić, kilka razy już się zawiodłam na swoim rozsądku. To nie jest historia za happy endem. Smutek. Butelka wina. Oraz pół paczki szlugów. Milczący telefon. I tyle.

Komentarze