Przejdź do głównej zawartości

Kontynuujmy...

Skoro już złapałam to flow (tak, bardzo lubię to słowo), to czemu by nie iść dalej... Choć sama nie wiem od czego zacząć jeśli chodzi o historie z przeszłości. Może powinnam zacząć od początku, ale te dwa lata wstecz, to jednak jawią mi się jako jakaś strasznie odległa przeszłość. Żałuję, że nie pisałam na bieżąco, strasznie jestem ciekawa swoich emocji z tamtego czasu. Choć, co by nie było, pamiętam je całkiem nieźle (tak mi się przynajmniej wydaje). Dwa lata temu (plus minus, była to połowa września, rok 2015) stając twarzą w twarz ze zmianą kodu (3 z przodu) stanęłam też twarzą w twarz z życiem w pojedynkę, po bardzo długim życiu w parze. 9 lat związku, wtedy właśnie, poszło... w pizduuu, ujmując to dosadnie. Tak naprawdę bardziej bliskie byłoby mi napisać "poszło w chuj". Ale wiadomo o co chodzi. Szok i niedowierzanie. Pierwsza poważna, niestety już dorosła porażka mojego uczuciowego życia. Jak to możliwe? Przecież wszystko było OK, nie kłóciliśmy się, on zawsze był po mojej stronie, przytakiwał i robił to co chciałam. Ochh... Ile ja przez te dwa lata zdążyłam przemyśleć, wysnuć wniosków z tych 9 lat, ile nauki. Sama musiałam do tego dojść, nikt mi nie pomógł, na pewno nie on. Ten on, były, którego wolałabym wyciąć z pamięci, co w sumie całkiem nieźle mi się udało. A nie jest prosto wyciąć 9 lat, trust me. Chyba, że to było 9 lat totalnej nijakości, wtedy rzeczywiście, myślę, że jest trochę łatwiej. Nijakości, z której zdałam sobie sprawę  w obliczu tak naprawdę niewiele znaczących kolejnych "relacji". Jak się z czasem okazało, taka nic nie znacząca relacja potrafiła dostarczyć mi więcej emocji niż ten wieloletni związek. To w sumie smutne. Ale o czym to ja... Gubię się trochę w swoich myślach, kolejna lampka wina zdecydowanie nie ułatwia sprawy...

Jeśli miałabym po kolei prześledzić moje relacje natury damsko męskiej, po tym wiekopomnym rozstaniu... Musiałabym, podejrzewam, wziąć sobie chociaż dzień wolnego. Tak więc, może z troski o mój etat, nie będę się póki co wgłębiać za bardzo w tematy przeszłe.

Straszne pierdololo... Ale przecież piszę tu dla siebie, co mnie to interesuje. Wrócę jak będę miała więcej czasu. Niewykluczone, że w najbliższy weekend, gdyż zupełnie opadł mi imprezowy zapał, a więc nie wykluczone, że w związku z tym: a) nie zrobię w weekend nic głupiego, co by nadwyrężyło: mój budżet, moją moralność, moje zdrowie; b) wrócę tutaj i napiszę to, co powinnam przelać gdzieś już dawno, żeby upuścić trochę skumulowanych emocji.

Także tak... Chyba na tym koniec na dziś. To i tak dużo. Good night albo może bardziej hi and bye, bo to w sumie bardzo mi bliskie, choć akurat ja zamierzam tu powrócić. W odróżnieniu od tych wszystkich mężczyzn, którzy dość jasno zaznaczyli słowo "bye" w naszych relacjach. Niekiedy nie pozostawałam dłużna. Ale... tak tak.... o tym innym razem...

Komentarze